canada goose jas canada goose sale replica oakley sunglasses buy office 2013 key buy Windows 10 Professional Key mmkey.net

180°

Na spotkaniu wspólnoty DOM było głoszenie o odczuwaniu Boga w ciele. Jestem jedną z tych osób, które żeby coś przyjąć za realne, najpierw musi to przeżyć na własnej skórze. Tym razem przyjęłam inną "taktykę", tj. biorę wszystko, co usłyszę. Wyszłam ze spotkania nie wiedząc co będzie dalej, bo w sumie nie wiedziałam co dostałam i w ogóle co mogłabym z tym zrobić. Wracałam z koleżanką, która miała rozkminy na temat modlitw wstawienniczych (czy to dla niej, czy nie), a mnie od środka cisnęło, by się za mnie pomodliła. Stanęłyśmy na moście Poniatowskiego i zaczęła się za mnie modlić. Miała dla mnie m.in. obraz przychodzącego Jezusa usuwającego metalowy pręt, którym wyznaczam granicę (na prawdę czułam, że ktoś coś mi zabiera) i Słowo:"Raduj się w Panu, a On spełni pragnienia twego serca."(Ps 37,4). To były dla mnie przełomowe rzeczy, ponieważ nawiązywały do momentów kulminacyjnych w relacji z Bogiem, w których się zbuntowałam i wybierałam swoją własną drogę.
Gdy miałam prawie 7 lat umarł mój tata. Znalazłam go martwego, a że byłam wychowywana w rodzinie katolickiej to wpadłam wtedy na genialny pomysł modlitwy o wskrzeszenie. Bóg go nie wskrzesił, a mi pozostała myśl, że jednak nie jest tak dobry i wszechmocny, jak o tym mówią. To był moment, w którym zamknęłam się na miłość i wszystko, co się z nią wiąże. Stwierdziłam, że lepiej nie kochać i nie być kochaną bo to prowadzi jedynie do bólu i straty. Ta cała modlitwa i moje późniejsze postanowienia odbywały się w miejscu oddzielającym mnie od taty metalowymi prętami balustrady. Przez większość czasu mojego chodzenia z Bogiem otwieranie się na nowo było dla mnie bardzo trudne a wręcz niemożliwe, aby coś zrobić, by "odkręcić" tą blokadę wobec miłości jaką postawiłam w sercu swoją decyzją.
A Jezus przyszedł i po prostu to wziął, jakby poruszanie się w  czasie nie stanowiło dla Niego problemu.
Co do Słowa jakie dostałam. Wylosowałam Je kiedyś na jakimś spotkaniu, gdy byłam nastolatką. To były moje pierwsze Słowa Boga skierowane bezpośrednio do mnie. (Wiadomo, na mszach czytania są dla wszystkich więc się je traktuje mniej osobiście, niż jak się dostaje Słowo dla siebie podczas innych okazji.) Wtedy odczytałam Je jako wyraz specyficznego poczucia humoru Boga i założyłam się z Nim, że nie ważne co mnie jeszcze spotka w życiu, zawsze przejdę przez nie z radością i dam sobie radę. Zakład wygrał On, bo po około 10 latach już nie miałam sił dźwigać ciężaru walki o szczęście swoje i wszystkich dookoła.
Tam, na tym moście, stojąc ze znajomą, poczułam, że te Słowa z Psalmu mają dla mnie zupełnie inne znaczenie, że Jezus mówi: "dobra, zaczynamy od nowa".
Następnego dnia wieczorem gdy usiadłam na łóżku i byłam tak zmęczona, że powiedziałam Bogu, że nawet nie chce mi się modlić i idę już spać, "zobaczymy się rano". Nagle zaczęłam mówić "dzięki, że jesteś Tato", "dzięki, że mam Tatę", "Tato, Boże, dzięki, że jesteś, że Cie mam", "Boże, dzięki, że jesteś moim tatą, że mam tatę", i tak w kółko. Później się trochę "ocknęłam" , a zarazem dziwiłam się samej sobie, co ja w ogóle mówię??! Dla mnie, przez znaczną większość życia (do tego momentu), było oczywiste, że ja kogoś takiego jak tata to nie mam i mieć nie będę. Gdy słyszałam gdzieś słowa typu "rola ojca w życiu człowieka jest bardzo ważna...", mówiłam sobie:" no jest, ale ja nie mam taty i tyle w temacie, nie ma co myśleć na ten temat". Tej nocy, której zaczęłam tak się modlić do Boga, na prawdę poczułam, tak fizycznie, że Go mam. Mam Tatę, tak jak inni ludzie mają swoich ziemskich ojców, ja mam Jego. Czułam, że mam "obstawione tyły", mam w Nim wsparcie i bezpieczeństwo, że mnie ochrania i nikt mi nie podskoczy bo On stoi za mną; takie poczucie, że jest w mojej przeszłości i przyszłości, że mam w Nim mega pokój. Poczułam, że mogę się na Nim oprzeć, jakby odpocząć w Nim, tak jakby zapaść się w wygodnym fotelu. I ta radoooość i siła wypływająca z bliskości i pewności, że mogę na Nim polegać, że jest godny zaufania, i że na prawdę nic nie muszę i że to On się troszczy o wszystko. Doświadczyłam tego, że Duch Św. naprawdę woła w człowieku "Abba Ojcze", a Jezus jest Drogą do Boga Ojca.

AGATA

Obraziłam się na Boga, gdy byłam na studiach. Po jednej spowiedzi, w trakcie której nie dostałam rozgrzeszenia, z powodu trwania w grzechu, postanowiłam sobie, że skoro Ty Boże tak, to ja Ciebie też nie potrzebuję. Choć nie mogę powiedzieć, że do tej pory miałam jakąkolwiek z Nim relacje. Byłam takim typowym katolikiem z niedzielnej rodziny. Traktowałam to jako nieprzyjemny obowiązek, który trzeba odhaczyć, żeby rodzice nie gadali, choć w sumie miałam wrażenie ze nikt z nas tak na prawdę nie wie po co to się robi.
Ale kiedy zrobiłam ten ostateczny odwrót nawet od tego co było, zaczął się klasyczny model upadku. Początek był jak zwykle pełen niesamowitych sukcesów ale wraz z sukcesami rosła tez pustka we mnie. Na początku prawie niezauważalna (łatwo ją było stłumić muzyką, podróżami, imprezami, alkoholem itp) Ale ta pustka we mnie ciągle rosła i kiedy była już meeega duża, wtedy posypał się świat zewnętrzny. I nagle zorientowałam się, że nie mam nic i nikogo i nawet żadnej nadziei na zmiany (to było najgorsze) … wiec jedyne co przychodzi w takim momencie bardzo łatwo i szybko do głowy to samobójstwo. Ja się tego nie bałam, bo myśli autodestrukcyjne i takiej nienawiści siebie samego są na tyle duże, ze śmierć nie stanowi problemu. Jedyną "linką", która mnie powstrzymywała od tego, była myśl, ze moim rodzicom pewnie by było smutno. I to było jedyne uczucie, które w tym czasie było we mnie - ale dzięki Bogu :-) było na tyle mocne, że powstrzymywało mnie przed tym ostatecznym krokiem. Zaczął się wiec stan, który ja nazywam "chodzące zombie", bo wewnątrz byłam martwa, ale system masek, które zakładałam codziennie były tak urocze i wesołe, ze nikt się nawet nie zorientował, ze coś jest nie tak.
I stan ten trwał aż do momentu nawrócenia mojej koleżanki z pracy, która zafascynowała się Mszami z modlitwa o uzdrowienie. Oczywiście namawiała mnie na nie codziennie i razu pewnego dla świętego spokoju zgodziłam się z nią pójść. W czasie wypowiadanych proroctw, nagle usłyszałam, że Jezus przychodzi do młodej kobiety która…. no właśnie :-) nagle zrobiło się cicho - ja nic innego nie słyszałam, tylko TE słowa, które dokładnie opisywały stan w którym byłam. To nie były zwykłe słowa, bo ja je słyszałam uszami, ale miałam wrażenie że ktoś je mówi ze środka mnie samej. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś takiego. Byłam tak tym poruszona, ze siedziałam tak chyba cała Msze św. przerażona ale i zaciekawiona, bo to uczucie miłości, ciepła które towarzyszyły temu, były jak kamień wpuszczony do tej mojej pustej studni.
Od tej pory nie mogłam o tym zapomnieć, oczywiście nie przyznałam się tej koleżance :-) ale zaczęłam pragnąć dowiedzieć się kto powiedział te słowa i dlaczego on wiedział o mnie tyle.
Ponieważ nie miałam się za bardzo kogo pytać, to jedyne co przychodziło mi do głowy to zaczęłam codziennie przychodzić na Msze św. - siadałam sobie tak gdzieś z tylu i słuchałam.
Zaczął się czas meeega łaski polegający na tym, iż kiedykolwiek bym nie weszła do kościoła to słyszałam słowa jakby były TYLKO do mnie. Zorientowałam się ze Bóg jest realną postacią, która wszystko o mnie wie i jest tuż obok. Zapragnęłam wejść w prawdziwa z Nim relacje. Od tej pory zaczął się niesamowity proces małych kroczków poznawania i zaufania, sprawdzania na ile już mogę i co On z tym zrobi.
Zauważyłam też, że im więcej czasu poświęcałam Jemu i naszej relacji, tym bardziej cała reszta mojego życia sama zaczynała się układać. Gdzieś zorientowałam się, że ja już nie zakładam żadnych masek, że moja studnia wypełnia się woda, że moje lęki i wady, które zabierały mi radość, gdzieś są, ale nie mają już na mnie takiego wpływu jaki miały wcześniej…
Wraz z każdym krokiem zaufania i oddawania Bogu części życia czułam coraz większa radość i wolność i zrozumienie, że Bogu z tym oddawaniem i zaufaniem, to wcale nie chodzi o to, żeby mi coś zabrać, ale żebym właśnie odzyskała te pełnie miłości, dla której mnie stworzył i wiem, ze choć na początku jest koszmarnie trudno, to naprawdę warto :-) bo to, co jest potem, czyli pływanie w Bożym zaufaniu, nie da się porównać z niczym innym! :D :D :D
MARTA

Nawrócenie do Eucharystii
Przez wiele lat prowadził mnie Duch Święty, łagodnie, stopniowo, nic nie narzucając. Przez rok mówił dużo o zwycięskiej mocy Sakramentów, czego dobrze mi się słuchało, ale nie chciałem tego, trzymając się około 12 lat z daleka od Kościoła Katolickiego i każdej zorganizowanej religii.
To było w 2013, odwiedziłem znajomego, któremu często Bóg daje umiejętność widzenia z Bożej perspektywy i zapytałem jak mógłbym być bardziej posłuszny Bogu? Znajomy bez ogródek powiedział, że przez posłuszeństwo Słowu: „Bierzcie i jedźcie z tego wszyscy”, dodał że to ogromny dar dla człowieka. Stwierdziłem, że spróbuje.
- Po dwóch tygodniach codziennego przyjmowania Eucharystii, w przedłużonej ciszy, w której zawsze trwałem po przyjęciu Sakramentu, Bóg objawił mi odpowiedź o którą modliłem się intensywnie, przez pół roku.
- Przez wiele lat trwały walki duchowe bardzo trudne, wycieńczające. Często, prawie co dzień wydobywały mi się z serca stare nieuzdrowione rany, itp. Bóg je uzdrawiał przy wytrwałej modlitwie, po czym pojawiały się jakieś następne nieuzdrowione miejsca. Przez większość czasu chodziłem w emocjonalnym bólu. Przy codziennej Eucharystii cokolwiek wydobywa się z serca, Bóg bardzo szybko uzdrawia w Eucharystii. Od bardzo dawna wewnętrznie nic mnie nie męczy, a jeśli coś się pojawia to Bóg to uzdrawia bardzo szybko.
- W Eucharystii Jezus bardzo daje siebie poznać. Jest to spotkanie z Osobą, poznawanie Jego osobowości z różnych stron.
- Gdy katolik odejdzie od Sakramentów to diabeł czasami ciśnie samooskarżenie w tym miejscu i poczucie bycia odrzuconym. Nie pochodzą one od Boga. Bóg łagodnie i cierpliwie zachęca i pociesza. Jednym z owoców przyjmowania sakramentu Krwi Pańskiej jest u mnie rosnąca świadomość bycia w pełni usprawiedliwionym w Chrystusie. To też otwiera na relacje z ludźmi, bo pomysł o odrzuceniu był tylko w mojej głowie, nie w rzeczywistości!
- Jednym z bardzo dużych pozytywnych owoców powrotu do Kościoła Katolickiego jest to, że poznałem przyjaciół niesamowitych katolików, znających żywego Boga, oddanych Bogu na maxa, poruszających się w Duchu św. Kto by się spodziewał :-)
MAREK

Zaczęło się od tego, że na moją głowę została włożona korona, więc to będzie krótka historia o tym jak Bóg mnie ubiera. :)
Koronę otrzymałam podczas weekendu Alfa, a konkretniej w trakcie modlitwy wstawienniczej. Usłyszałam wtedy fragment z Księgi Barucha 5, 1-3. Złóż, Jeruzalem, szatę smutku i utrapienia swego, a przywdziej wspaniałe szaty chwały, dane ci na zawsze przez Pana. Oblecz się płaszczem sprawiedliwości, pochodzącej od Boga, włóż na głowę swą koronę chwały Przedwiecznego! Albowiem Bóg chce pokazać wspaniałość twoją wszystkiemu, co jest pod niebem.
Trzy lata wcześniej byłam w trudnej relacji. Wyszłam z niej bardzo poraniona i co najgorsze z przekonaniem, że nie jestem warta kochania. Nie potrafiłam się pozbierać przez długi czas. W tamtej chwili jednak coś się zmieniło, słuchając tych słów, dosłownie poczułam, że otrzymałam koronę! A to znaczy, że po raz pierwszy uświadomiłam sobie czym tak naprawdę jest tożsamość Dziecka Bożego. To co było wcześniej nagle wyblakło. Z wielką mocą dotarło do mnie to, jaką godnością i miłością obdarzył mnie Bóg. Jestem warta kochania. Myślałam, że ta świadomość w moim życiu jest tak przełomowa, że nie da się w tej kwestii dopowiedzieć czegoś więcej ale to był dopiero początek! :)  
Szata - to chyba mój ulubiony element garderoby,  dzięki której odkryłam Jego przyjacielską obecność. Bóg jest Bogiem w codzienności, jest blisko i razem ze mną przeżywa to, co mnie spotyka. Cieszy się ze mną (i ze mnie), z moich małych sukcesów, tańczy razem ze mną. Dodaje odwagi, pociesza a przede wszystkim prowadzi przez góry i doliny. Tu mogłabym też bardzo dużo napisać o tym jak Bóg do mnie przychodzi w różnych sytuacjach przez Słowo w Piśmie Świętym, przez drugiego człowieka, na modlitwie ale również na spacerze czy w drodze do pracy.
Płaszcz - czyli bezpieczeństwo i troska. Bóg dał mi poczucie bezpieczeństwa takiego bardzo głębokiego. Trudno mi opisać i wyjaśnić czym ono jest. Nie chodzi mi o to, że jestem teraz nieustraszona. To coś zupełnie innego, jakby nie z tego świata i mieści się w dwóch słowach Wj 3, 14. Ja Jestem -  tu jest moje źródło pewności, bezpieczeństwa, troski i pokoju. On ogarnia absolutnie wszystko i trzyma w swoich dłoniach, chociaż wiele spraw jest zwyczajnie trudnych.
Klejnoty - to dary, które Tata złożył we mnie. Po pewnej modlitwie usłyszałam słowa, że jestem obdarowana. Dary kojarzyły mi się raczej z czymś uchwytnym np. ktoś ładnie maluje, śpiewa, gra, jest świetnym mówcą itd. Niestety nie mieszczę się w tych kategoriach. ;) Jednak będąc na rekolekcjach Ignacjańskich, Bóg mi pokazywał ile w tym określeniu jest ukrytych skarbów. Dary wcale nie muszą być wielkie i super widoczne. To np. radość z małych rzeczy, dostrzeganie piękna otaczającego świata; zachwyt w górach, który da się wyrazić jedynie milczeniem. Podczas tych rekolekcji byłam prowadzona w różne miejsca mojego serca i Tata pokazywał mi wiele zakamarków: "spójrz tutaj, to już masz, a zobacz tutaj to też ci dałem" Niesamowite! Na dodatek okazało się, że jest jeszcze sporo prezentów do odpakowania.
Pierścień - najlepsze jest to, że dosłownie go dostałam! W trakcie rekolekcji Ignacjańskich Jezus na nowo pokazywał mi przez co do tej pory przeszłam oraz co włożył w moje serce i teraz mnie w tym wszystkim utwierdzał.  Uwieńczeniem tego całego czasu był pierścień a właściwie to różaniec, który dostałam od siostry prowadzącej i to taki niezwykły! Zrobiony przez znajomą mamy, który siostra nosiła jeszcze w czasach licealnych. Siostra mi powiedziała, że on leżał w jej szafce od siedemnastu lat, chce mi go podarować bo ona czuje, że on właśnie na mnie czekał. To była wisienka na torcie! Doświadczyłam wtedy ogromnej radości i nie dlatego, że w tym wszystkim była jakaś moja zasługa, bo nie było, ale dlatego, że to On sam tego chciał.
To wszystko bardzo przemieniło moje spojrzenie na Boga, siebie, ludzi obok, na świat dookoła. Wiem, że jeszcze więcej przede mną. Mój cały ubiór choć piękny nie świadczy o tym, że mam teraz sielankowe życie. Zdecydowanie nie, miewam chwile gorsze i lepsze, buntuje się, gubię, wielu spraw nie potrafię rozumieć czy przyjąć, z wieloma się borykam a moja szata potrafi się przybrudzić... Pomimo tego wszystkiego najważniejsza jest moja tożsamość, pozwalająca wrócić mi na właściwe tory. To kim jestem i do kogo należę. Jestem Córką Boga.
AGNIESZKA